„Chcę jak najwięcej wiedzieć” - z Jurkiem Walczakiem rozmawiała Katarzyna Markusz

Data wydarzenia: 
czwartek, 28 Styczeń, 2016 - 15:30

Jerzy Walczak zagrał rabina Frankla w nominowanym do Oscara filmie „Syn Szawła”. Aktor od ponad trzydziestu lat występuje na scenie Teatru Żydowskiego. Rozmawiamy z nim o jego roli i trudnej rodzinnej historii.

Katarzyna Markusz: Zagrał Pan rabina w węgierskim filmie „Syn Szawła”, który jest w tym roku nominowany do Oscara. W jaki sposób otrzymał Pan tę rolę?

Jerzy Walczak: Do Teatru Żydowskiego przyszła informacja od producentów filmu o poszukiwaniu aktorów, którzy powinni m.in. znać jidysz. Teatr za naszą wiedzą przesłał tam nasze dane i zdjęcia. W ten sposób zaczęły się długie rozmowy, spotkania. Po miesiącu reżyser przyjechał do Warszawy na casting. Była to bardzo przyjemna, ale też trudna rozmowa, ponieważ ja postanowiłem, że będę unikał tematu Auschwitz i Holokaustu. Ten temat istnieje w moim życiu bardzo intensywnie, więc pomyślałem, że może trzeba przestać. Reżyser jednak tak przedstawił mi ten projekt, że bardzo mnie to zaintrygowało.

K.M.: Co Pan wiedział o Sonderkommando?

O Sonderkommando miałem opinię wyniesioną z domu, że to są ludzie współwinni temu, co się działo w Oświęcimiu. Sam unikałem tego tematu, nigdy nie czytałem nic o Sonderkommando, bo wydawało mi się, że to są zmanipulowane rzeczy. Powiedziałem to reżyserowi. Spieraliśmy się o to. Gdy przeczytałem scenariusz, on mnie zafascynował. Widać było bardzo osobisty stosunek twórców do tematu. Po miesiącu od castingu dostałem propozycję konkretnej roli. Przez ten miesiąc już tyle rozmów przeprowadziłem z reżyserem i autorką scenariusza, że wiedziałem, że to już jest coś, co staje się w jakimś stopniu moje. Zdecydowałem, że chcę w tym filmie być. Przygotowania trwały 1,5 roku.

K.M.: W jaki sposób się Pan przygotowywał?

Dostałem spis lektur. Była tam książka Gideona Greifa „Płakaliśmy bez łez”, wspomnienia członków Sonderkommando, którzy ocaleli. Po raz pierwszy to czytałem. Ta książka mnie bardzo denerwowała, irytowała, nie rozumiałem tego jak można tak funkcjonować jak oni. Do dziś tego nie rozumiem. Ta książka pozwoliła mi spojrzeć na nich bardziej empatycznie. Przestałem ich oskarżać, a zacząłem patrzeć jak na ofiary, a nie osoby, które za wszelką cenę chcą przeżyć i zrobią wszystko, by tego dokonać. Ja na szczęście nigdy nie byłem w ekstremalnej sytuacji, w jakiej byli ci ludzie, więc nie wiem co bym zrobił. Być może tak samo bym się zachował i robił wszystko, by przeżyć. Być może po to, by dać świadectwo.

K.M.: Oni byli najbliżej tej najgorszej części Zagłady.

Oni byli najbliżej świadkowania. Chociaż, tak jak jest m.in. u Primo Leviego, świadkiem mógłby być człowiek, który został zagazowany i spalony. Mógłby opowiedzieć w pełni co czuje ktoś, kto jest niszczony.
Dużo wiedziałem o Holokauście wcześniej, ale to, że brałem udział w tym filmie, pozwoliło mi zmienić trochę opinię na temat ludzi. Może jestem bardziej tolerancyjny.

K.M.: Jak wyglądała praca na planie? Czy trudno było wcielić się w rolę rabina, człowieka, który jest tak blisko tych trudnych elementów naszej historii?

Przed rozpoczęciem pracy byłem przekonany, że film będzie kręcony w jakichś abstrakcyjnych scenografiach. Że nie będzie wybudowanego obozu. Że wszystko będzie neutralne. Że ważne będzie to, co się dzieje między ludźmi, a nie to, że dzieje się to w obozie koncentracyjnym. Z takim nastawieniem jechałem na zdjęcia, które trwały około 20-30 dni. Nakręcenie filmu w ciągu miesiąca to bardzo mało. Plan wyglądał w ten sposób, że w opuszczonych koszarach peryferyjnej dzielnicy Budapesztu wybudowano w skali jeden do jednego komorę gazową, przebieralnię, i to co mnie przeraziło, czyli piece krematoryjne. Zrobiono to z ogromną dokładnością. Znalazłem się trochę w sytuacji bez wyjścia. Nie chciałem brać udziału w takim projekcie, w takim miejscu, w takiej scenografii, ale już tu byłem. 
Na szczęście pierwsze zdjęcia pokazały mi, że oni właściwie nie pokazują samego procesu Zagłady tylko rzeczywiście relacje między ludźmi . To mnie trochę uspokoiło. Nikt z nas nie miał dostępu do materiału, który był kręcony.

K.M.: Żaden z aktorów?

Żaden z aktorów. No może Geza Rohring, główny bohater. Imponujące było to, że cały film był kręcony przez operatora z ręki. Kamera była cały czas ruchoma, nieustępliwa i irytująca na planie, bo była bardzo blisko nas, osaczała z każdej strony. 

Natomiast sam plan był niezwykły. Budapeszt jest pięknym miastem. Wyjeżdżaliśmy do pracy wcześnie rano. Widziało się to piękne miasto, które budzi się do życia w słoneczny dzień. Ludzie spokojnie idą do pracy, piją kawę, herbatę. I z tego idyllicznego krajobrazu wjeżdżało się w plan Auschwitz. To było bardzo trudne. Trudno było mi tak normalnie na planie funkcjonować. Wszystko to, co zostało zburzone w Auschwitz, tam zostało z pietyzmem odbudowane. Wchodząc na ten plan, widziałem Auschwitz. 

K.M.: Czy trudno było wrócić po kręceniu takiego filmu do zwykłego życia?

Jest to jednak zawód i po jakimś czasie człowiek się przyzwyczaja. Gra się rolę. Ja po dwóch dniach grałem po prostu rolę, trudną, ale to była rola. Natomiast powroty były trudne emocjonalnie. Nie sposób w czasie realizacji było gdzieś się schować przed tematem. Aktorzy w przerwach cały czas rozmawiali na ten temat. Każdy miał swoje wyobrażenie Auschwitz i Zagłady. Wszystkie te osoby gdzieś tam były dotknięte Holokaustem. Nawet z tej drugiej strony. W filmie jest postać kapo – Niemca , którego grał niemiecki aktor. Jego dziadek był w Wehrmahcie. Jako starszy mężczyzna cały czas miał obsesyjne myśli, bo w czasie wojny widział z daleka co się działo. Rozmawialiśmy o tym.

K.M.: W jaki sposób Pańska rodzina została dotknięta Holokaustem?

Moja rodzina pochodzi z Drezna. Babcia przyjechała przed dojściem Hitlera do władzy do Polski ze swoimi dziećmi, również z moją mamą, która miała wtedy 2-3 lata. Zamieszkali w Łodzi. Swoją matkę i siostry zostawiła w Dreźnie. Moja mama wojnę spędziła na wsi. Babcia była w różnych miejscach. W sierpniu 1944 trafiła do Oświęcimia razem z Arnoldem Mostowiczem z łódzkiego getta. Ona niewiele mówiła na temat tego, co działo się w czasie wojny. Mówiła mi „To nie są Twoje sprawy. Ty żyj swoim życiem”. Ja się nauczyłem niezadawania żadnych pytań w domu, bo na pytania dotyczące wojny, czy tego, co się działo przed wojną, dostawałem odpowiedź „ To jest za trudne. Ty sobie nie dasz z tym rady”. I ja uwierzyłem, że sobie nie dam z tym rady, że to jest za trudne. 

K.M.: Jak mamy pamiętać o historii naszych rodzin?

Ja mam swój dzień pamięci o Holokauście. Dwa dni temu byłem w Chełmnie nad Nerem, bo wszystko wskazuje na to, że ta część mojej rodziny, która została w Niemczech, została przewieziona właśnie tam. Drezno zostało zbombardowane i nie zachowała się dokumentacja. Na szczęście jest częściowa dokumentacja niemieckich kolei, bo Żydzi, którzy byli deportowani z Niemiec, musieli kupić sobie bilet. Wszystko zostało zaksięgowane.
Nie wiem czy ja chcę mieć takie dziedzictwo, czy to jest potrzebne do czegoś. Z drugiej strony nie mogę się od tego uwolnić. Przez długie lata udawało mi się oddalić to od siebie; nie mówić o mojej rodzinie, o tym, co się ze mną dzieje w związku z tym. Ostatnio rzeczywiście zacząłem o tym mówić najbliższym, przyjaciołom w teatrze. To dzięki Mai Kleczewskiej, jej inscenizacji „Dybuka” w Teatrze Żydowskim i rozmowom, które prowadziła. Nie wiem, czym to się skończy.

K.M.: Gra Pan w Teatrze Żydowskim już 36 lat. Czy jest rola, którą uważa Pan za najważniejszą? Może najtrudniejszą?

J.W.: Borykam się chyba z każdą rolą. Każda jest dla mnie trudna. Nie potrafię powiedzieć o jednej najtrudniejszej.

K.M.: Zagrał Pan też w filmie Agnieszki Holland „W ciemności”, który również był nominowany do Oscara. Czy tym razem uda się zdobyć nagrodę?

J.W.: Nie wiem, czy się uda zdobyć Oscara, natomiast chyba nikt z realizatorów nie przypuszczał, że będzie się tak dużo mówiło o tym filmie. Że będzie komentowany. Tym bardziej, że to nie była taka wielka produkcja. Jestem zaskoczony, że ten temat nagle stał się taki, że recenzenci i krytycy chcą o tym mówić i po raz pierwszy ujawniają swoje własne związki z Auschwitz.

K.M.: Może za mało o tym mówimy, za mało o tym wiemy mimo wszystko. Rozmawiamy w dniu pamięci o ofiarach Holokaustu. Będzie uroczystość w Muzeum Auschwitz oraz uroczystość organizowana w Warszawie przez Fundację Shalom. Czy my dostatecznie pamiętamy o tym, co się wtedy wydarzyło?

J.W.: Myślę, że społeczeństwo pamięta, ale nie wiem czy wszyscy chcą tak samo pamiętać. Pamięć jest wybiórcza i w naszym społeczeństwie to bardzo widać. Widać niechęć do mówienia otwarcie o tym, co się wydarzyło w czasie wojny. O ofiarach, o winnych, o współwinnych. Mam wrażenie, że może nie wszyscy w naszym społeczeństwie chcą o tym rozmawiać. A tylko otwarta rozmowa na ten temat może doprowadzić do oczyszczenia i może załagodzenia pewnych trudnych sytuacji, które nadal się zdarzają, nie tylko w Polsce, ale w innych krajach również. U nas były najstraszniejsze miejsca, jakimi stały się obozy i getta. To bezpośrednie sąsiedztwo śmierci i życia jest dla mnie czymś nie do zrozumienia. Nie jestem w stanie pojąć, że coś takiego było. Ale to prawda. Wiem, że część osób w Polsce chce rozmawiać na ten temat, natomiast wiele osób nie chce, uważając, że temat jest załatwiony. Temat nie jest załatwiony i bez względu na to, jak długo będziemy o tym rozmawiać, on nie będzie załatwiony. Dlatego że to co się wydarzyło, ta machina, którą Hitler rozpętał, jest nie do zrozumienia dla człowieka, dla nas. My dziś myślimy swoimi kategoriami. Ja chcę jak najwięcej o tym wiedzieć, chcę o tym rozmawiać, natomiast nie podejmuję próby zrozumienia tego.