Aktualności

Jesteś tutaj

Aktualności

"I była miłość w getcie" - recenzja naszego widza

Chciałbym się podzielić refleksjami na temat sztuki w Waszym Teatrze na podstawie wywiadu o getcie udzielonego przez Marka Edelmana.

Mała salka. Wokół pod ścianami siedzą widzowie. Pośrodku - scena to podłoga z namalowanym ogromnym błękitnym niebem z pogodnymi chmurami. Czy akcja będzie się odbywać w niebie? A może to niebo na ziemi? Może to symbol ideałów wpajanych nam przez rodziców, szkołę i religię, że świat jest dobry, przyjazny, piękny? To gdzie jest ziemia? Na górze w miejscu nieba? Świat wywrócił się do góry nogami? I dlaczego bohater myje mopem niebo, jakby chciał zmyć z niego wszelkie zabrudzenia, podłości, niegodziwości? Gdzie jest Bóg, skoro depczemy po jego niebie? Wszystko jest na odwrót. Ludzie zmienili ziemię w piekło. W tragedię Holokaustu niewyobrażalną, nie do pojęcia ludzką wyobraźnią, a jednak realną. Dramat ten mogła unieważnić psychicznie tylko wzajemna miłość, która pozwalała zbolałym duszom odetchnąć najpiękniejszym uczuciem, zapomnieć o strachu, rozpaczy, bólu i szalejącej wokół śmierci. Według Marka Edelmana w getcie ludzie nie zapomnieli o miłości, bo byli ludźmi jak wszyscy inni, mieli serca, targały nimi różne uczucia. Mimo stłoczenia w getcie odczuwali również dojmującą samotność, którą próbowali tłumić miłością i którą chwytali nawet na krótki czas, nawet wbrew rozsądkowi, wbrew niebezpieczeństwu, wbrew własnym pojęciom o niej. Sztuka rzuciła snop światła na tak oczywisty, a nieznany szerszemu ogółowi,  emocjonalny aspekt życia w getcie.

Ten dramat znakomicie oddali na scenie twórcy spektaklu "I była miłość w getcie...". Reżyser Tomasz Cyz stworzył genialne dzieło na podstawie opowieści Marka Edelmana wykorzystując współczesne środki wyrazu sztuki teatralnej: ruch, światło, śpiew, szept, powtarzanie fraz, elementy pantomimy, ciszę. I to wszystko w skromnych warunkach scenicznych.

Ale to dzieło powstało również dzięki wspaniałym aktorom.

W rozmówczynię wcieliła się Alina Świdowska o hipnotyzującym, magnetycznym wzroku. To artystka, której nawet sama milcząca obecność na scenie wystarczyłaby, żeby skupiać na sobie uwagę widza. Dojrzałe, stonowane aktorstwo.

Młodzi panowie Marcin Błaszak i Piotr Chomik są znakomici w rolach zakochanych chłopców, rannych, zabitych czy niebieskostopych widm. Niezwykłe było zwłaszcza wykonanie "Rebeki" z welonem i oczami utkwionymi jak w transie w górnym punktowym świetle.

Małgorzata Majewska - wybitna w kilku rolach, genialnie oddająca mentalność rozkwitających dziewcząt czy dojrzałej kobiety. Brawurowa w scenach uniesień miłosnych i przejmująca np. w scenie, kiedy skupionym szeptem zwraca się "siostro" do kobiety na widowni. W tej jednej choćby scenie ujawnia swój talent i geniusz aktorski. I dla tej jednej sceny warto było przyjść do teatru.

Ogromnej, trudnej do udźwignięcia roli w wykonaniu znakomitego Jerzego Walczaka nie da się zapomnieć. Chociaż domyślam się, że tekst wypowiadany przez niego odwzorowywał jeden do jednego energię, czasem furię Marka Edelmana, to jednak ta nieustająca skarga wypowiadana cały czas na najwyższym diapazonie była dość drażniąca, obca, wytracała swój dramatyczny wydźwięk. Niektóre fragmenty mogłyby być wypowiadane szeptem, co znacznie wzmocniłoby ich wyraz.

Wszystkie role tchnęły autentyzmem. Postaci były tak wiarygodne jak potrafią to robić tylko WYBITNI aktorzy. Odczuwałem prawdziwą radość ze spotkania z dojrzałym aktorstwem, które potrafiło pokazać prawdę przeżyć granej postaci, przez co tworzyła się wspaniała jedność aktora i roli. To sztuka aktorska i reżyserska najwyższego lotu. Dynamiczna choreografia, hipnotyczne światło, biel scenicznego tła, trafnie dobrane kostiumy (niezwykły, wieloznaczny pomysł z błękitnymi stopami widm) oraz muzyka potęgowały wrażenie dramatu. Nie wiem czy słusznie nasuwały mi się skojarzenia ze sztuką Szajny, Kantora, Jarockiego ...

Po wygaszeniu świateł w powietrzu zawisło ciężkie milczenie i przejmująca cisza. Publiczność uznała, że wobec hekatomby, która się wydarzyła realnie kilkadziesiąt lat wcześniej na terenie w pobliżu teatru, entuzjazm w podzięce dla twórców za wybitne przecież przedstawienie byłby nie na miejscu. Dopiero  po długiej ciszy rozległy się oklaski.

Szczerze podziwiam i gratuluję twórcom. A przede wszystkim dziękuję za wstrząsające przeżycia. 

Marek Drewnowski

kustosz w Bibliotece Głównej SGGW

b. przewodnik PTTK