„Nie poniosłam klęski” - Z Gołdą Tencer rozmawia Mike Urbaniak

Data wydarzenia: 
poniedziałek, 28 Sierpień, 2017 - 10:30

Większość albo wszyscy, którzy wpisują się w Polsce w antysemicką narrację, nigdy nie widzieli Żyda na oczy, chyba że jego kukłę paloną niedawno na wrocławskim rynku - mówi Gołda Tencer, dyrektorka Festiwalu Kultury Żydowskiej "Warszawa Singera" i Teatru Żydowskiego w Warszawie.

Na ulicy Próżnej zabawa do żydowskiej muzyki, a na Krakowskim Przedmieściu marsze ONR. Klęska?

- Mimo wszystko wierzę w to, co robię. Gdybym nie wierzyła, dawno bym przestała. Festiwal powstał trzynaście lat temu po to, by pokazać ludziom, jak bogata jest kultura żydowska, zarówno ta tworzona kiedyś, jak i ta jak najbardziej współczesna. Jeśli udało mi się dla niej zdobyć choć jedno polskie serce, to uważam, że nie poniosłam klęski. Myślę, że podobnie uważa sześćdziesiąt tysięcy naszych widzów, bo taką mieliśmy w zeszłym roku frekwencję i jeśli zestawimy ją z liczbą uczestników marszu ONR, jest nas wielokrotnie więcej. Ale oczywiście nie ukrywam, że to, co się ostatnio dzieje, bardzo mnie martwi. Jeszcze niedawno nie wyobrażałam sobie, że będę żyła w czasach, które zaczynają pachnieć Marcem '68.

Skąd teraz ten coraz silniejszy antysemicki swąd?

- Tego nie wiem, ale wiem, że większość albo wszyscy, którzy wpisują się w Polsce w antysemicką narrację, nigdy nie widzieli Żyda na własne oczy, chyba że kukłę Żyda paloną niedawno na wrocławskim rynku. Wszystko to jest przykre, ale trzeba się z tym mierzyć i teatr jest na to znakomitym miejscem. Dlatego już teraz zapraszam na 11 września na premierę "Kibiców" Michała Buszewicza - spektakl tworzony przez aktorów Teatru Żydowskiego i kibiców Legii Warszawa. Bardzo jestem ciekawa tego niełatwego przecież spotkania i wierzę, że wzajemne poznanie najlepiej rozmontowuje wszelkie stereotypy.

Optymistka ciągle widząca światełko w tunelu?

- Nie wiem, czy w życiu jestem wielką optymistką, ale na pewno jestem nią w teatrze. A skoro już mowa o światełku, pracuję nad projektem, z którym chciałbym wystartować w 75. rocznicę powstania w getcie warszawskim, polegającym na tym, że w polskich miastach i miasteczkach o północy zostanie zapalone światełko pamięci. Pamięci o żydowskich współmieszkańcach, których już nie ma. Mam nadzieję, że to się uda i kiedyś rozbłyśnie w nocy cała Polska.

Ciekawy czas na robienie tego projektu.

- Może najlepszy, może właśnie teraz jest nam to potrzebne.

Nam?

- Nam wszystkim. Bo nie chcę już słuchać, że mieszkam w antysemickim kraju, a słyszę to ostatnio coraz częściej.

Jak nie upamiętniasz powstania w getcie, to przywołujesz Marzec '68. Skąd ta twoja obsesja związana z datami?

- Stąd, że wyrosłam w domu, w którym nie mówiło się o tym, co przeszli rodzice. Wiedziałam tylko, że tato był w Auschwitz, i że miał żonę i córeczkę zamordowane podczas wojny. To wszystko po prostu wisiało w powietrzu i nie umiem nawet tego nazwać, bo trauma to niedobre słowo. Przez to wszystko czułam się zawsze spadkobierczynią wymordowanych polskich Żydów, pilnującą ważnych dla naszej tragicznej historii dat.

Szewach Weiss, pochodzący z Polski były ambasador Izraela w Warszawie, powiedział kiedyś, że nigdy nie widział uśmiechu swojej mamy. Myślę, że to nieprawda, ale symbolicznie jest w tym coś na rzeczy. Ja uśmiech mojej mamy widziałam często, wychowywałam się we wspaniałym domu. Mama nie chciała opowiadać o wojennych czasach. Dzisiaj, kiedy rodziców nie ma, muszę pamiętać o ich historii.

„Warszawa Singera”, której czternasta edycja właśnie się rozpoczyna, zawsze była mocno zaczepiona w przeszłości. Festiwalu kultury żydowskiej w Polsce nie da się robić bez ciągłego patrzenia wstecz?

- To by było nieprawdziwe. Poza tym nie można budować domu bez fundamentów, a dla nas fundamentem jest przebogata, wielowiekowa spuścizna kulturalna polskich Żydów. Ale czerpanie z przeszłości nie oznacza, że nie patrzmy w przyszłość, i że nie interesuje nas to, co tu i teraz. Wręcz przeciwnie. „Warszawa Singera” to także najlepsi współcześni muzycy, autorzy najnowszych książek czy najgorętsze spektakle.

Kiedy jestem pytana, jaka jest przewodnia myśl festiwalu, odpowiadam: żadna. Pokazujemy po prostu to, co najciekawszego dzieje się od Nowego Jorku po Jerozolimę. Tak jest i w tym roku, choć dla mnie bardzo trudnym, bo Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów w Polsce wyrzuciło nas z budowanego jeszcze dla Idy Kamińskiej teatru i działkę przy placu Grzybowskim sprzedało na apartamentowiec. Z dnia na dzień znaleźliśmy się na bruku, a w miejscu naszej historycznej siedziby jest dziura w ziemi.

Budynek należał do TSKŻ, ale teatr jest publiczny - prowadzony przez miasto przy wsparciu ministerstwa. Stołeczny ratusz jest bez winy?

- Wiem, że próbowano negocjacji, ale one się nie powiodły. TSKŻ nie liczyło się ani z nami, ani z miastem. Myślało tylko o pieniądzach ze sprzedaży działki dla deweloperskiej firmy Ghelamco.

I na koniec tej historii zostałaś wyrzucona z TSKŻ.

- Którego członkiem byłam całe życie. Cóż, jeśli konsekwencją mojej obrony Teatru Żydowskiego musiało być usunięcie mnie z TSKŻ, trzeba się z tym pogodzić. Dzisiaj broniłabym naszej historycznej siedziby tak samo, a może jeszcze mocniej. 

Od czasu eksmisji Teatr Żydowski jest bezdomny i gra gościnnie właściwie wszędzie.

- Pomocną dłoń wyciągnęli do nas dyrektorzy Nowego Teatru, TR Warszawa, Teatru Kwadrat czy Polskiego. Jestem im za to bardzo wdzięczna. Bardzo nam pomogła także pani wiceminister kultury Wanda Zwinogrodzka, dzięki której dostaliśmy scenę w Klubie Garnizonu Warszawa. Nasza tułaczka nie ma końca.

Plac Grzybowski bez Teatru Żydowskiego wygląda jak z wyrwanym sercem. 

- Nie śniło mi się to w najgorszych koszmarach. Nawet, widzisz, nie mogę o tym mówić, bo chce mi się od razu płakać. Straciliśmy nie tylko miejsce naszej pracy, ale nasz dom, bo tak zawsze traktowaliśmy teatr. W dodatku pozbawiono nas sceny, kiedy zaczęliśmy odnosić wielkie sukcesy. Nasze spektakle są nagradzane, jeżdżą na festiwale. Najświeższe zaproszenie przyszło właśnie z Indii!

Pokaż mi taki teatr w Warszawie, w którym w czasie wakacji trwają próby do dwóch premier. Pokaż mi taki, który na nowy sezon zapowiada aż siedem nowych spektakli. Michał Buszewicz premierowo wystawi wspomnianych już „Kibiców”, nagrodzona niedawno Srebrnym Lwem w Wenecji Maja Kleczewska pokaże „Golema”, zdobywczyni tegorocznego Paszportu „Polityki” Ania Smolar pracuje nad spektaklem o Marcu '68, a Wiktor Rubin z Jolantą Janiczak przeniosą na sceniczne deski świetną, nominowaną swego czasu do Literackiej Nagrody „Nike” autobiografię Andy Rottenberg „Proszę bardzo”.

Ale nie będziesz teraz wymieniać wszystkich premier?

- Miałam taki zamiar, ale już widzę, że się niecierpliwisz. Zostańmy więc tylko z tymi kilkoma, które będzie można u nas zobaczyć w najbliższych miesiącach.

U nas, czyli gdzie?

- Każdy niemal spektakl grany będzie w innym miejscu Warszawy, co powoli wprowadza nas w stan obłędu i generuje ogromne koszty - choćby samo przewożenie scenografii czy sprzętu z magazynów w Wilanowie. Mniejsze produkcje można zobaczyć na naszej malutkiej scenie w tymczasowej siedzibie przy ulicy Senatorskiej, gdzie mamy biura. Bardzo to wszystko jest dla nas uciążliwe. Ostatnio jedna z aktorek pojechała na próbę w złe miejsce, bo już kompletnie straciła orientację, gdzie ta próba się odbywa. I ja się jej nie dziwię. 

Jak długo to będzie trwało?

- Nie wiem. Nikt w ratuszu nie umie odpowiedzieć dzisiaj na to pytanie, więc ja również uchylam się od odpowiedzi.

Czy teatr wróci na plac Grzybowski?

- Tego też nie wiem. Mam nadzieję, ale obawiam się, że jeśli nawet, nie będzie takiej wielkości jak poprzedni, a my nie potrzebujemy klitki, ale porządnej sceny z dużą widownią, która - nawisem mówiąc - zawsze jest u nas pełna.   

Kiedy dwa lata temu zostałaś dyrektorką Teatru Żydowskiego, mówiłaś, że chcesz go przewietrzyć, ale bez przeciągu. I to się chyba udało.

- Modyfikacja naszej linii repertuarowej i zaproszenie czołowych twórców teatralnych było dla mnie oczywistością, kiedy z fotela wicedyrektora przesiadłam się, po śmierci Szymona Szurmieja, w fotel dyrektorski. Zależało mi na tym, by przeprowadzać zmiany ewolucyjne, by nie stracić wiernej widowni i zyskać nową. Czy się bałam? Oczywiście, bo ja się boję każdej premiery. Zawsze.

Po co nam właściwie w Polsce opłacana z publicznych pieniędzy żydowska scena?

- A czy polska kultura istnieje bez kultury żydowskiej? Czy możemy pozwolić sobie na to, by skazać na zapomnienie wielką, powstałą w dużej mierze w Polsce kulturę jidysz? W żadnym razie nie można do tego dopuścić. Szczególnie w kraju, w którym mieszkała niegdyś największa żydowska diaspora na świecie.

Ale już jej nie ma.

- Ktoś kiedyś powiedział mądrze, że „ojczyzną Żydów jest pamięć”. Teatr jest po to, żeby pamiętać. Nie muzealnie, tylko na żywo mierząc się ze współczesnością.

Tymczasem zaczyna się „Warszawa Singera”.

- Zaczyna? Już się zaczęła, bo mamy za sobą koncerty w Leoncinie, gdzie Singer się urodził, oraz w Biłgoraju i Radzyminie, gdzie mieszkał. Teraz przyszedł czas na Warszawę.

Nie przebrniemy tu przez cały, składający się z ponad dwustu wydarzeń program, więc mam do ciebie prośbę - wybierz dwa-trzy wydarzenia, których przegapić nie mogę.

- Błagam cię, nie torturuj mnie!

Nie ma litości.

- No dobrze, skoro już jestem pod ścianą, wybieram zapowiadający się wspaniale koncert kantorów w Synagodze Nożyków. Kantora Yaakova Lemmera z multiinstrumentalistą Frankiem Londonem przegapić po prostu nie można. Bardzo polecam też koncert finałowy z Davidem Drorem, który śpiewał nawet dla prezydenta Baracka Obamy. I przyjdź też po koncercie finałowym na "Kołysankę dla pamięci", spotkanie z muzyką pod pomnikiem Bohaterów Getta. Myślę, że to będzie wzruszające.   

Jak spotkania z przyjaciółmi?

- Niezwykle dla mnie ważne. Nie mniej niż przebogaty program festiwalu. Na „Warszawę Singera” przyjeżdżają co roku moi koledzy i koleżanki z Żydowskiej Szkoły im. Icchaka Lejba Pereca z Łodzi, którzy są rozsiani po wszystkich zakątkach świata. Kiedyś szli na wszystko, co było w programie. Teraz nauczyli się już wybierać to, co ich szczególnie interesuje. Zresztą robią to dzisiaj chyba wszyscy uczestnicy festiwalu - świadomie wybierają wydarzenia.

Usłyszałem niedawno z Izraelu, trochę złośliwie, że w Polsce jest więcej festiwali kultury żydowskiej niż Żydów. Prawda to?

- Myślę, że choć Żydów w Polsce została garstka, to jednak jest nas więcej niż festiwali. Muszę przyznać, że kiedyś mnie irytowało, że w co drugiej mieścinie ktoś organizuje festiwal kultury żydowskiej, ale potem zmieniłam zdanie. Bo jeśli ktoś chce przypomnieć o żydowskich mieszkańcach swojego miasteczka, o tworzonej przez nich kulturze, to trzeba się z tego tylko cieszyć. Ja się cieszę.

Rozmawiamy o festiwalu i o teatrze, bo jesteś szefową jednego i drugiego, ale Gołda Tencer to także aktorka i pieśniarka.

- Pamiętasz, co mi powiedziałeś, kiedy cię kiedyś zapytałam, jaki tytuł powinna mieć moja nowa płyta?

„Najsmutniejsza płyta świata”.

- Bardzo mi się ten tytuł spodobał. A skoro jest już tytuł, może będzie także płyta.

Wywiad znajduje sie na stronie Gazeta.pl